Zapraszamy do lektury! Odszyskiwanie wysokiego odszkodowania
Tłumaczenia Wrocław
maszyny
praca opolskie

www.karty-plastikowe.eu
www.sklep-apteka.pl
www.emtor.pl
Zacisnął usta, połknął ślinę, zrzucił i na nowo założył monokel. Ale łzy spłynęły po policzku i ujrzała je Irena.
Rzuciła się ku niemu zalana łzami ale uśmiechnięta.
— Ty mnie rozumiesz! rozumiesz wreszcie! — zawołała.
— Rozumiem! ale po co o tem mówić, po co o tem myśleć? Nie poruszą one Jakóba, choćbym mu je przedstawił. On chce szczęścia pani córki, nieraz mówi, że się boi małżeństwa, jakie jedynie dla niej widzisz.
— Aaaa! — westchnęła Irena.
Nastąpiło długie milczenie, które przerwał Bywalski, opowiadając Irenie, jaki ma Jakób Appelstein pogląd na los jej dziecka. Według niego powinna wyjść za człowieka ze świata ojca, a nie matki, powinna powrócić na łono świata pracy i dorobku. Powinna wyjść za kogoś, który zrozumie, jaką potęgą w rękach rozumnego człowieka mogą być pieniądze, będące jej posagiem. Myślał nawet długo o młodym Sandensteinie, synu bankruta, który w Petersburgu kształcił się na adwokata i obiecywał być człowiekiem, choć bynajmniej nie salonowcem. Sądzi, że się trafi we
Lwowie przemysłowiec, obywatel "minorum gentium"; sądzi, że znajdzie jakiego młodzieńca, o którym nabierze przekonania, że oceni pani córkę i jej posag...
Żyda! ha! ha! hal— zaśmiała się Irena konwulsyjnie i zmusiła towarzysza do przerwania wywodów.
Nastąpiło znów milczenie. Oniemiały Bywalski sprawdzał, iż rzeczywiście znajduje się przed inną kobietą, aniżeli tą, którą znał. Pogrążył się w głębokiej zadumie. Wprawdzie on nigdy nie rozumiał tych uczuć macierzyńskich, do tego stopnia przeobrażających ciche, spokojne, raczej apatyczne natury, jak Ireny. Ile razy podnosił oczy na panią Appelstein, twarz jej wydawała mu się inną, starszą i tem zaczerwienieniem białek przykrą. Łzy sprawiły lekkie nabrzmienie policzków i łuki pod oczami, wklęsłe uwydatniając się, znamienicie nadawały wyrazu starości temu obliczu i pozbawiały je tych delikatnych, wypieszczonych linij i tonów.
Że cierpiała wiele, że cierpiała od dawna, nie wątpił. Ale sam wpadał w irytacyę. Po co ten bunt na tak dawną dolę? Po co ten bunt łez i rozpaczy na wypadki nieubłaganie konieczne i konsekwentne? Ta miłość macierzyńska dla córek na wydaniu
wprowadza kobiety w jakiś anormalny stan histeryczny. Nieprzypuszczał, aby i Irena, ta Irena, którą tak podziwiał, gdy lat temu szesnaście z taką pogodą i poddaniem się losowi opuszczała Warszawę i to świetne, czarodziejskie książęce życie, aby. ona dziś wpadła w tego rodzaju rozpacz nad faktem, do którego przyzwyczaić się i przygotować miała czasu lat szesnaście.
Uspokajał się, a ochłaniając widział rzeczywiście nieszczęsną tę kobiecą dolę. Ponieważ była matką, nie mogła podzielać zapatrywania wyrachowanego i zimnego szwagra. Rzeczywiście Jakób Appelstein, liczący się do krezusów Warszawy, sam człowiek myślący i wielce uczciwy, mógł by może zastanowić się nad tem, że tej kobiecie Appelsteinowie odebrali wszystko, że ją skrzywdzili na wszystkich stanowiskach. Appelsteinów on był jedynym reprezentantem...........
Takim, jakim go znał powinien się był poczuć do tego subtelnego obowiązku, do tego długu, którego pojęcie powinno mu było być zrozumiałem. Wprawdzie i on miał kilkoro dzieci... wprawdzie i on żył w świecie w którym, o subtelnościach dużo mówią, ale absolutnie ich nie praktykują. Mógł mu
ten obowiązek uchodzić, mógł go nie chwytać?
Ale nie! Jakób Appelstein chwytał wszystko. Los tego dziecka — przypomniał sobie teraz Bywalski różne zapytania i powiedzenia Jakóba w różnych epokach — wysoce Appelsteina obchodził. Postępował jak idealny brat. Miał nawet jakiś kult głęboko ukrywany dla tej nienawidzącej go bratowej.
Jakże troskliwie, drobiazgowo o nią wypytywał, ile razy wracał Bywalski ze Lwowa...
Czyż mogło jego refleksyi ujść, że taka panna we Lwowie, w świecie arystokratycznym, w którym mniej więcej żyła, z tym posagiem, trudną była do wydania?
On, co także zawsze oszczędzał Irenę, może nie wiedział, że ta Irena stała się matką, matką-lwicą, nadstawiającą uszu, czy gdzieś w dali nie usłyszy groźnego dziecięciu odgłosu.
A może to wszystko wiedział, ale nie więcej robić nie chciał.
I to było najprawdopodobniejszem. Gdyby Jakób Appelstein był czułym na subtelności serca, dające się pieniędzmi koić, toby był nie uratował firmy, nie został milionerem.
© 2010 www.skjkc.pl