Była to halucynacya, towarzysząca każdemu pierwszemu spotkaniu się z szwagrem i ona to stawała się przyczyną, że Irena była dlań zawsze przy pierwszem zetknięciu się nad wyraz zimną, nienaturalną i sztywną.
Bywalski nie wiedział o tem wszystkiem i nie mógł darować Irenie witania się z człowiekiem, który się po prostu poświęcił, aby uratować honor firmy, której nazwisko nosiła i której bezcześci mogła była być, gdyby nie on, ofiarą.
— Jakże się Bernard musiał ucieszyć! — rzekła zatapiając temi słowy sztylet w serce Appelsteina, który dwadzieścia i cztery lat wysilał się na zdobycie jej sympatyi czynami pełnemi lojalności i serca. Taka niespodzianka! —dodała i wyrwawszy dłoń z rąk Jakóba rzuciła się na szyję starego Bywalskiego.
Jakób witał się z Lulu. Ta czuła w tym stryju, którego kochać matka jej nie mogła, przyjaciela, jednego z tych przyjaciół wyrastających po nad normę narzuconych pokrewieństwem uczuć. W spojrzeniu jego, jakiem ją ogarniał, było coś ojcowskiego, coś przenikającego swą troskliwością i żądzą obudzenia zaufania i sympatyi. Odczuwała to dziewczyna i jeśli dla
stryja nie była wylaną i jak córka czułą to dlatego, iż się jej udzielała zimnota matki, którą z właściwością dzieci chwytała.
A Appelstein nie mógł się oderwać od tej panny, będącej jedynym owocem związku, który stanowił wielki dramat jego życia, tak wielki, iż mu wypełnił je całe.
Zdawało mu się, iż ją potrafi kochać całą taką gamą uczuć, jaką dla niej przecierpiał, gdy Się u jej kołyski waliła jego ukochana firma i gdy ta była zagrożoną utratą czci i sławy, obryzgując go na całe życie błotem.
Lulu była dlań więcej niż synowicą, była tą gwiazdką przewodnią, której zawdzięczał wszystko, co dziś miał i czem się cieszył.
Gdyby nie ona, gdyby nie to dziecko, w kołysce wtedy, które miało pokutować za winy matki i ojca, czyżby był znalazł siłę i odwagę do przeprowadzenia kombinacyj, które uratowały firmę, a co więcej uchroniły od plamy nazwisko nieposzlakowane przez ojca mu zostawione.
Lulu podnosiła go w własnych, swoich oczach. Gdyby nie ona, niemowlę w złotej kołysce, tonące w koronkach, które
stara pani Starzyna nazwala była "istną. Żydóweczka", on byłby nie znalazł ani dość woli, ani dość siły, ani sposobów karkołomnych, aby ocalić od upadku firmę.
I wpatrywał się w jej semicką twarzyczkę i zdawało mu się, że się patrzy w dobroczynną gwiazdkę swego życia, która zeń zrobiła bohatera, bo uratowanie wówczas firmy "Appelstein i syn" było bohaterstwem.
Ale wiedział o tem tylko on i Bywalski.
Przywiązał się też do niej tem uczuciem, które znajdujemy w naszych sercach dla tych istot, dla których najwięcej przecierpieliśmy i najboleśniejsze przeszliśmy życia próby.
To, czem był teraz, zawdzięczał jej tylko: że uchodził w Warszawie za najgenialniejszą finansową głowę, że rzetelność jego firmy była niemal przysłowiową, że miał własną fortunę i rodzinę, a co najważniejsza, że mógł śmielej z dumą spoglądać na firmę wyrytą na marmurze w pałacu Appelsteina. To wszystko w skrytości duszy zawdzięczał tylko tej dziewczynie, nie domyślającej się i mającej nigdy nie wiedzieć, jaką rolę w jego życiu odegrała.