— Ach! źle rozumiesz moje pytanie, droga pani Ireno Chodzi mi o to, czy Mimi znajdzie w nim to, czego jej potrzeba. Widzimy dużo uczciwych i porządnych ludzi, którzy żon nie uszczęśliwiają.
— To są już rzeczy oparte na subtelnościach, których nikt z nas przesądzać nie może. Jakiem będzie małżeństwem, tego nikt nie odgadnie. -Mylą się nawet ci, którzy doskonale znają osoby...
Męczyły Irenę te indagacye tem więcej, iż pragnęła coprędzej zostać samą i zatopić się w smutku, który jej narzucały wiadomości Zabanowskiej.
Syn jej brata Witolda był we Lwowie i nie pytał się o nią, o ciotkę, która go kochała, jak własne dziecko. Nie pytał się o Starżankę z krwi i kości, z serca i duszy.
Gdy sobie to uprzytomniała, krew jej uderzała do głowy, bo nie było może na świecie rzeczy, któraby ją równie dotkliwie w najdelikatniejszą strunę jej jestestwa zranić mogła.
Witold, którego powodzenia życiowego ona była ofiarą, wychował syna w zasadach największej dla niej obojętności.
Gdy Zabanowska wyszła, Irena oddala się całkowicie swym myślom.
Nie wątpiła ani na chwilę, że bratanek jej oświadczy się o księżniczkę, poznawała w tem Witolda, jego niezmierną próżność światową, jego ambicyę wysadzania Starżów na czoło sfer arystokratycznych. I w tem trzeba było szukać przyczyn obelgi, jaka ją teraz spotykała. Wstydzili się, ojciec i syn, ciotki Appelsteinowej, żony bankruta i żyda.
Wstydzili się jej tem więcej w tym Lwowie, gdzie wielki świat dumne podnosił czoła z czystości swej niebieskiej krwi, wolny od wszelkich przymieszek. Wstydzili się jej tem więcej, wobec tych zamiarów spokrewnienia się z pierwszym książęcym domem Galicyi, — niepewni, czy to pokrewieństwo tak bliskie z Appelsteinami nie rzuci na nich podejrzanego światła, nie ujmie im blasku, jakim olśnić chcieli księżniczkę..
Serce wzbierało, łzy się cisnęły do oczu. I to jeszcze miało się znajdować w tym kielichu goryczy, z którego piła od lat dwudziestu.
Rozrzewniała się sama nad swoją dolą i szlochała. Świat jej przymykał drzwi. Gdyby jej tylko, ale za błąd życiowy matki. — i niewinnej córce. Brat rodzony, ten brat, będący bożyszczem jej dzieciństwa, którego
kochała całą potęgą uczucia nigdy niezamierającego i niedającego się zmrozić, bo zrodziło się w cieple czystych promieni młodości... — Ach! Boże! Boże! — jęczała — gdybyś mi był tego oszczędził.Od pewnego czasu traciła głęboką wiarę, jaką zawsze miała. Życie jej całe zdawało się kłam zadawać jej dogmatom. Czemuż ją sobie Bóg obrał za ofiaro? Czemuż dziś właśnie była karaną za swoje dobre serce, za to, że kochała brata, rodzinę. O ileżby ją mniej bolał postępek siostrzeńca, gdyby Witold był mniej przez nią kochany, gdyby nie była właściwie ofiarą jego tylko namiętności i upodobań.Wtedy w Warszawie, gdyby sytuacya nie była stanęła na ostrzu noża, gdyby Witold był mógł się ożenić z Kinińską bez jej ofiary, byłaby z pewnością nie zdecydowała się oddać swej ręki Appelsteinowi.A poźniej ta pomoc pieniężna, której ustawicznie od niej żądał, ta pomoc, która go postawiła na stopie społecznej, pozwalającej sięgać po mitrę dla syna, ileż ją kosztowała upokorzeń wobec Jakóba Appelsteina. Gdyby ten wiedział teraz, jak się brat i syn jego wywdzięczał za figurujące dotąd