i ze swada stan rzeczy we Lwowie. Z tego zadania, sądził, że wywiązał się, spokojnie tedy oddawał się obiadom i trawieniu, dwom jedynie pozostałym mu życiowym namiętnościom.
W oddali widziane obrazy straciły na plastyce i kolorycie. Gdy mu stawała w wyobraźni ukochana Irena, wijąca się w konwulsyach morfinistki, przymykał oczy, aby zmusić to widmo do pierzchnięcia, to niedyskretne widmo, nasuwające się jego zmysłom zawsze w najniewłaściwszej chwili, bo po obiedzie przy herbacie, w ciemności trapiącej go bezsennością nocy itd.
Sybaryta zaczynał nie lubić tych wspomnień wyobraźni, przypominającej mu przecież jedyne na świecie osoby, które ukochał prawdziwem może nawet uczuciem.
Tak stały rzeczy, gdy raz wręczono mu wraz z biletem pani Korońskiej, Kohnównej z domu, proszącym na obiad — telegram.
Telegram z samego zewnętrznego swego wyglądu przerażał zawsze Bywalskiego. Ten wstręt do telegramów wzrastał u niego z wiekiem. Nigdy nie dostał żadnego,
któryby przyniósł przyjemność lub zadowolenie. Nim otworzył nadeszły telegram, przypomniał sobie inne. Najwięcej ich dostał od Witolda Starzy, domagającego się pożyczek u Appelsteinów. Cóż on teraz robił, gdzież był, gdy siostra jego cierpiała, dzięki której poświęceniu wykłuł się na pana, mającego klucze i obszary, biorącego medale na wystawach rolniczych i produkującego konie na dorocznych wyścigach. Pod wrażeniem tych myśli, rozerwał nowy telegram, w przekonaniu że i ten od niego pochodzi.
Nie.
To ze Lwowa telegrafowała Irena: "Przyjedź pan zaraz, proszę".
Coś go ukłuło w sercu i w mózgu równocześnie. Cóż tam się działo, że go znowu wzywano? Małżeństwo się kojarzyło? rozchodziło? a może wypadek?
Cały zelektryzowany wybiegł na miasto, dopadł dorożki i kazał się wieźć do pałacu Appelsteinów.
Zastał Jakóba w kantorze.
Jadę do Lwowa ! — zawołał doń, rzucając na stół telegram z miną poważną człowieka, mającego interesy, odbierającego wzywające telegramy.
Jakób uchwycił drżącą ręką papier i odczytawszy rzekł:
— Jadę z tobą!
Bywalski niezmiernie się ucieszył. Nie lubił podróży samotnej. Zresztą spodziewał się po bytności we Lwowie bankiera dużo dla sprawy korzyści. Przecież napróżno nie jechał Appelstein, nie ruszający się z Warszawy, nieodzowny zawsze na giełdzie i w kilku instytucyach.
Tegoż samego dnia wyjechali obaj.
Appelstein raz do roku na imieniny Bernarda zjawiał się we Lwowie i bawił dobę. Prócz tej regularnej, obowiązkowej niejako wizyty, nic nigdyby go do odwiedzin Lwowa nie mogło nakłonić. Ruszać się nie lubił i interesy rzeczywiście mu nie pozwalały na wycieczki. W życiu jego wszystko było ułożone jak w zegarku. Jedna nieobecność jego na giełdzie mogła powodować haussę lub zniżkę papierów w odwrotnym z jego pragnieniem kierunku. A nieobecność na posiedzeniu w jednej z instytucyi, których był dyrektorem, spowodowały zawsze uchwały przeciwne jego zamiarom.
Wiedział o tem Bywalski i zachodził w głowę, co skłoniło Jakóba do towarzyszenia mu. Ale małomówny Jakób był