Bywalski spojrzeniem mu przerwał. To spojrzenie bowiem ogarnęło go całego i jakby go przenikło. Bywalski tymczasem a propos tego likieru zastanowił się tylko, czy Jakób rzeczywiście w tym krótkim czasie nie przeistoczył się przypadkowo.
— Ty na starość — odezwał się Bywała — gotóweś się naprawdę przerobić na porządnego bankiera.
— Porządnego! hahaha! — zaśmiał się Appelstein.
— Takiego porządnego, jakim był twój brat, jakim był Kohn, jak...
— Którzy wiedzą, jaki likier najlepszy.
— Nie! tylko którzy wiedzą — przerwał Bywalski z emfazą — komu i kiedy dać jaki likier.
— Szczęśliwy jestem, jeżeli trafiłem, ale mów prędzej: co we Lwowie?
I Bywalski począł mówić, a mówił obszernie, szczegółowo, bojąc się, aby Jakób nie był za mało światowo wykształconym, by te nieszczęścia Ireny zrozumieć, uchwycić ich struny. Więc opowiadał, informował go o zwyczajach, opisywał mu cechy świata galicyjskiego, które czy znał, sam nie wiedział. Jakób nie przerywał, tylko słuchał, a oblicze jego się zmieniło
Gdy Bywalski opowiadał o upokorzeniach, jakie spotkały Irenę, jakie ją czekały, to i wtedy panował nad sobą, aby nie zdradzić się, o ile te wiadomości nim wstrząsały.
Bywalski, mający już w wagonie ukuty swój cel zainteresowania Jakóba do żywego losem Lulu, konstatował z rozkoszą owoce swej wymowy i przygotowanych, obmyślanych pocisków.
Wszakże postanowił był starać się, aby stryj uchodzący we Lwowie za milionera, potrząsnął kiesą i ułatwił małżeństwo Poryckiego.
— Ale — podjął nagle Jakób - - mówisz tak, jak gdyby Irena była chorą...
Tu się dopiero spostrzegł Bywalski, iż dotąd nie objaśnił bankiera o morfinoinanii jego bratowej, będącej na razie wodą na koła jego młyna, więc teraz to uczynił.
Appelstein pobladł.
— Irena się morfinuje? Irena? — spytał uszom swym nie wierząc.
A Bywalski miał znów asumpt do potęgowania tych niedefiniowanych i subtelnych cierpień światowych, które w takich środkach szukają ukojenia i spoczynku.
— Chcesz mi wytłómaczyć, mój drogi—obruszył się wreszcie Jakób — że morfinowanie w waszym świecie, high lifie, jest całkiem naturalnym wypływem, waszych odrębnych stosunków? Pierwszy raz słyszę. Znam ludzi tego świata, będąc członkiem twojego klubu...
— A!— tu obruszył się Bywalski — co tam mówić o naszym klubie, o Warszawie? Któż chcesz, aby się tu morfinował, czy hrabia Lombardzki, zakładający instytucyę, oparła, na obdzieraniu wysokiego procentu z biednych ludzi, czy może milioner Skorupski, który woli raczej zmusić syna do samobójstwa niż zapłacić za niego kilka tysięcy rubli długu? Takie osobniki bez wyobrażeń i serc, bez etyki i bez idealizmu ?
— We Lwowie są inni? — podchwycił z ciekawością Appelstein.
— Takich egzemplarzy jak w Warszawie nie ma, to ci mogę zaręczyć, takich zimnych trutniów...
Urwał, gdyż zauważył zbyt wielkie zaciekawienie na fizyognomii Jakóba i pomyślał, że dalej brnąc w opisywaniu klubowiczów swego klubu, skończyłby na opisywaniu siebie.
Urwał i po chwili dopiero powrócił do wntku wspomnień ze Lwowa, do Poryckich, Ireny i Lulu.
Tak mijały kwadranse, a Jakóbowi ten czas wydawał się krótkim.
— Ależ ty z większą ciekawością i uwagą słuchasz mnie aniżeli sprawozdania giełdowego.
Tu bankier powstał ze swego miejsca a siadając na kanapie przy Bywalskim, szepnął zmienionym głosem:
— Bo ty nie wiesz, że giełdą normującą moje myśl, ambicye i projekty była i jest Irena.
Bywalski odsunął się od niego, by mu się lepiej przypatrzyć. Przypatrzył i pomyślał, iż znów znajduje się jak wciąż w życiu, przed jedną z zagadkowych okoliczności. Nie wątpił, że się nie mylił przypomniawszy sobie to i owo a wszystko na pozór drobne i nieznaczne z dalekiej przeszłości, które w tym gmachu przeżył.
— Wierzę. Taka kobieta — bąknął — która tak postąpiła, jak ona w tych katastrofach, która potrafiła...
— I zawsze jest taką? jest taką dla Bernarda, taką żoną? — podjął ciakawie Appelstein.
— Ta sama.