To, co dawał, dawał z czysto swoich osobistych wypracowanych funduszów. Obowiązku dawania żadnego nie miał. To ostatnie napróżno sobie raz po raz powtarzał. Temu drugiemu "ja", którego zawsze czuł w swych tajnikach, zdawało się, iż do tego utrzymywania brata na stopie człowieka bogatego, był etycznie obowiązany. Jeśliby do tego nie obowiązywały go węzły krwi, to obowiązanym czułby się do tego przez wzgląd na Irenę.
Że tak nie było, tegoby mu nikt nie wytłómaczył. Wszakże ta kobieta, która weszła w dom Appelsteinów, aby uzyskać szeroki dobrobyt, nie mogła być na tym punkcie oszukaną. Obowiązek utrzymywania jej odpowiednio do jej wymagań ciążył już etycznie nie na nim, ale na firmie.
Wykład taki miał dla siebie samego, ile razy wysyłka funduszów do Lwowa przychodziła mu z trudnością, lub szkodziła interesom firmy, teraz ostrożnej i z każdym tysiącem się rachującej.
A teraz był w trwodze, czy życie światowe, jakie Irena ze względu na dorastającą córkę prowadzić musiała, nie pociągało o tyle większych wydatków, iż bratowa mogła się znaleźć w pieniężnym kłopocie i wezwała Bywalskiego.
Jeśli to miało miejsce, to jego obowiązkiem było ten wzrost wydatków przewidzieć, temuż zaradzić.
Darmo analizował ten obowiązek, którego wypełnienie sobie ciężko wyrzucał, pozostawał on na dnie jego jestestwa pierwszorzędnym obowiązkiem, jaki zaciągnął względem Ireny w dniu, w którym ją do opuszczenia Warszawy skłonił, a i w dniu, w którym ona w dom zbudowany przez pana Salomona weszła.
I Jakób Appelstein cierpiał coraz więcej wszystkiemi strunami tego dziwnego cierpienia, które najczęściej wyradza w nas poczucie do fikcyjnych obowiązków lub zbrodni.
Zdawało mu się, jeśli się nie mylił co do pobudek skłaniających Irenę do wezwania Bywalskiego, że popełnił względem niej jedną z tych etycznych zbrodni, strasznych dla tego, który się do nich sam poczuwa.
Niecierpliwość, z jaką oczekiwał powrotu czy wiadomości od Bywalskiego, nie miała już. granic, gdy opuszczał dziś kantor, aby się udać na obiad i wypoczynek.
Odczuwał, iż dziś już, nie poźniej, musiał mieć jakąś o Irenie wiadomość.
I nie mylił się, bo lokaj, otwierający mu drzwi, zawiadomił go:
— Jest pan Bywalski.
— Pan Bywalski? —zawołał bankier, rzucając się ku drzwiom, prowadzącym do salonu, gdzie wpadł wbrew swojemu zwyczajowi spokojnych i trzymanych na wodzy ruchów, wołając:
— Bywalski! Bywalski! stary przyjacielu, jakże się za tobą stęskniłem.
Bywalski, ulegając formalnemu zdziwieniu, podniósł się z kanapy, na której siedział i rozmawiał z żoną pana Jakóba.
Nigdy jeszcze z ust tego człowieka, całego pogrążonego w cyfrach i myślach nie usłyszał wyrazu "przyjacielu", ani też nie wyobrażał go sobie, aby mógł być stęsknionym. To słowo wydało mu się w ustach Jakóba dziwnem i z ironicznym witał go też uśmiechem.
Przez cały czas trwania obiadu Jakób o nic nie pytał. Owszem usiłował nie wprowadzać Bywalskiego na temat wspomnień ze Lwowa, jakby dla siebie samego rezerwując ich dziewiczość. Przykrem byłoby mu poprostu, gdyby to, co słyszeć pragnął, usłyszał przy ludziach nie żywiących dla przedmiotu tego co on interesu.
Po obiedzie dopiero Appelstein wstając i zabierając ze sobą butelkę z likierem i kieliszek Bywalskiego, rzeki:
— No! teraz chodź za mną zdać mi relacyę.
Pani Jakóbowa próbowała zaoponować:
— Przecież tu można mówić...
Ale bankier już poprostu ciągnął za rękaw gościa uprowadzając go do swego gabinetu.
Tu pozamykawszy drzwi i pomyślawszy o każdem przyzwyczajeniu Bywały, usiadł naprzeciw niego, skupiony, słuchający, cały drżący jak dziecko. Sam zmiarkował to swoje dziwne uczucie i wstydził się go.
— Nie uwierzysz — zaczął — jak cię wyczekiwałem. Codzień pchałem Filipa aby się dowiedział, czy nie wróciłeś.
— Przecież mogłeś się domyślić że zaraz do was się zgłoszę. Przyjechałem, dziś około południa. O piątej już tu byłem — i spojrzał na stojącą przed nim butelkę i biorąc ją do rąk ciągnął: —Co widzę ? "Liąuer des iles". Skądże? — pytał ze zdziwieniem.
— Przypomniałem sobie, że u Bernarda najlepiej lubiłeś ten likier. A chciałem, abyś był dziś w werwie...