Zapraszamy do lektury! Prawo dla każdego - pozwolenie na budowę
efs europejski fundusz społeczny efs
Biuro tłumaczeń oferuje tłumaczenie tekstów Tłumaczenie językowe online
sale szkoleniowe Łódź
dochodzenie odszkodowań

www.karty-plastikowe.eu
www.sklep-apteka.pl
www.emtor.pl
ojcowską schedę, zaledwie dawała mu z rodziną przyzwoite utrzymanie.
Dlaczegóż więc ta Irena stawała mu wciąż przed oczyma, jakby skrzywdzone przezeń widmo?
Bo tak! Od dnia w którym ta kobieta opuściła ten dom, stawała mu przed oczyma setki razy na dzień, z tym wyrazem bezmiernej pogardy i nienawiści, jaki miała, (doskonale go pamiętał) w tym dniu. w którym jej odbierał krociowe kosztowności.
Stawała mu wciąż przed oczyma, a widmo było natarczywsze w każdym ważniejszym wypadku jego życia, w chwilach obmyślania każdej większej operacyi, czy to finansowej, czy osobisto-życiowej.
Przecież on tej kobiety niczem nie skrzywdził, ale powinien sobie zasłużyć u niej na miano największego dobroczyńcy. Jeśli dziś tam we Lwowie mogła spokojnie egzystować, to tylko dzięki jemu, który siłą woli i odwagi do najśmielszych postępków, ocalił firmę od niesławy.
Jeśli żyła tam niemal w dostatku, to tylko dzięki jemu, który tu pracował aby ta firma przezeń prowadzona, dała dość na utrzymanie dwóch domów, domu tego, który ją podźwigał, i domu tego, który nią zachwiał.
Coż więc znaczyło to wewnętrzne poczucie, jakie nosił wciąż z sobą, poczucie zawinienia względem Ireny?
Bo to poczucie bezpodstawne, choćby je oprzyć na subtelnościach charakterów i postępków, było zmorą jego żywota, truło mu jego pasmo dni i lat.
Nic go nigdy nie cieszyło, ale to nic! Każdą radość, czy chociażby zadowolenie zamącała mu ta myśl, jak piorun zawsze weń uderzająca, że to, co go cieszyło, stato się możliwem dzięki tej okoliczności, że Irenę zmusił do ustąpienia sobie miejsca.
I widział ją, jak z tego gmachu, w którym była królową, wychodziła, aby doń nigdy nie wrócić—wychodziła z pogardą na czole, z wyrazem tryumfu, a z odcieniem pogardy dla niego. Widział ją, jak prowadziła po schodach ogłupiałego brata, jak bez najmniejszego żalu opuszczała to stanowisko i ten lśniący apartament i ten gmach, któryby dziś, wraz ze wszystkiem, co reprezentował, powinien stanowić posag córki jego brata, panny Lulu.
Jakże on to dziecko kochał, jakże drżał o los jego. I zdawało mu się często, że on ją kochał, tę Lulu nie dlatego, iż była ona córką jego brata, ale że była córką Ireny, spłodzoną z jego brata.
Wszakżeż on się w Irenie nigdy nic kochał?
I czuł na dnie swego serca jedną z tych tajemnic fizyologicznych, jakich jakąś odmianę, każdy, mający serce, w sobie nosi, aby mu truła jego radość i porywy.
Tak! to bałwochwalcze uwielbienie dla tej kobiety, ten kult dla niej będący jakąś fizyologiczną jego serca derywacyą, stanowiły wielkie cierpienie jego życia.
A wzamian za ten kult ona go nienawidziła.
Oh! wiedział o tem dobrze, czuł to doskonale. Ale to zamiast uśmierzać jego cierpienia, powiększało je. Zdobyć uznanie i szacunek, zjednać sobie serce i sympatyę tej kobiety, stanowiło pobudkę wszystkich jego idealnych myśli, tworzyło pień i rdzeń jego jestestwa.
I do tego przez tyle lat nie doszedł. Dziś po tylu latach konsekwentnego w tych celach dążenia, gdy we Lwowie Irena zapotrzebowała przyjaciela, wzywała Bywalskiego, pomijając jego szwagra a w dodatku białego niewolnika.
A ten Bywalski, ten codzienny gość jego domu, ten jedyny spadek, jaki w Warszawie po Irenie odziedziczył, zdawał się
nawet nie domyślać, jak jemu tu zależało na jego powrocie, na dowiedzeniu się, co tam się działo, co skłaniało Irenę do telegraficznego wezwania go.
Był oburzony na przyjaciela. Jeśli nie wracał, to mógł listownie go uspokoić a nie narażać go na ten szereg dni wyczekiwania i niemal trwogi, co tam się działo, czy kto nie zachorował, czy Irenie czego nie brakowało?
Od lat szeregu nie było wypadku, aby Bywalski był do Lwowa wzywany. Więc tam się coś stać musiało.
I Jakób Appelstein pogrążał się w melancholicznej zadumie.
Trwożyła go najwięcej myśl, czy może Irena, przywykła do wyrzucania pieniędzy, nie znajdowała się we Lwowie w kłopotliwem położeniu. Wprawdzie, zanim był wyznaczył bratu dwanaście tysięcy zł. renty, zbadał tamtejsze stosunki i koszta egzystencyi, ale to nie przeszkadzało, że kwota ta mogła nie wystarczać dawnej pani Bernardowej.
Do obowiązku dawania więcej się nie poczuwał, bo nietylko sam na swój dom w droższej Warszawie, więcej nie wydawał, ale nadto nie było skąd więcej czerpać.
© 2010 www.skjkc.pl