drzwi przed nią przymykać... Od dziś nie chcę znać tych żydów, — dokończyła w furyi.
W tejże chwili młody Porycki wstał i oddawszy na środku salonu jej głęboki, w zakroju mający coś wojskowego, ukłon, wyszedł.
Hrabina stała długo w miejscu jak wryta z osłupienia.
Gotowała się dopiero na wielką scenę, odegrała pierwsze jej preludya, spodziewała się wywrzeć wielkie na synu wrażenie. Spodziewała się, iż go wzburzy do tego stopnia, iż ten się zapomni i ubliży jej. Ona wtedy dosiądzie swych wielkich koni...
Tymczasem ukłonił się ostentacyjnie i wyszedł.
* * *
IV.
Gmach, który ongi w Warszawie wzniósł pan Salomon Appelstein, nie uległ na pozór żadnej zmianie. Mury jego poszarzały, ale mieściły w sobie jak ongi biura ogromnego domu bankowego, istniejącego dalej pod skromną firmą, złotemi literami wypisaną na tafli szklannej drzwi wchodowych: "Appelstein i syn".
Ludzie się tylko zmienili w tych murach w ciągu biegu szesnastu lat od dnia, w którym gmach ten ojcowski, opuścił zidyociały Bernard.
Firmę prowadził Jakób Appelstein, który dnia tego siedział w swym gabinecie, dotykającym kantoru i biur i rozmyślał jak zwykle.
Postarzał się. Postarzał nieproporcyonalne do lat, których liczbę dźwigał teraz na swych barkach. Semickie jego rysy
jeszcze więcej zyskały na typowym wyrazie, a fizyognornia, mająca zawsze coś proroczego w sobie, teraz stała się niemal piękną, siłą swej indywidualności i tonów, zdradzających dużą wypracowaną inteligencyę.
Był głęboko zamyślony.
Dlaczego Bywalski, który wiedział, jak o wszystko, co się działo we Lwowie, gorąco obchodzi, nic mu stamtąd nie doniósł, dlaczego tak długo wreszcie nie wracał?
To pytanie tak go trapiło, że nie pozwalało mu się zająć interesami bankowymi ze zwykłą skrupulatnością, graniczącą z pedantyzmem.
To pytanie wysuwało jakby z szufllady automatycznej, wysuwającej za otwarciem jednej, drugą, inne — zawsze atoli to samo pytanie.
Dlaczego on tak gorąco brał do serca wszystko, co dotyczyło jego brata i bratowej? Bo doprawdy oni go żywiej obchodzili, niż jego własna rodzina.
I Jakóba porywało szalone koło wspomnień.
Wszakże jeżeli on się ożenił, jeżeli założył dom i rodzinę, to tylko gwoli temu, aby zmniejszyć ten interes, z jakiem się
przywiązywał do wszystkiego, co dotyczyło rodziny brata.
Ożenił się. Tam na drugiem piętrze (bo pierwsze, tworzące ongi apartament braterstwa wynajął na biura wielkiemu rosyjskiemu towarzystwu asekuracyjnemu) przebywała jego rodzina, kochająca go i oceniająca żona, Krongold z domu, dwie córki i długo oczekiwany i upragniony syn.
Mimo to, to utworzenie własnej rodziny, która miała skupić dokoła siebie wszystkie zabiegi i wszystkie myśli, nie rozwiało ani odrobiny tych zasobów interesu, z jakim czuł się przywiązany do żywota brata i Ireny.
Co to było? ta dręcząca go anomalia? Przecież nie wyrzuty sumienia, że siedział na tym krześle pryncypała, na którym ojciec jego z tamtego świata, widzieć pragnął Bernarda.
Nie stracił wszakże z niego brata, tylko je zajął, aby uratować firmę od niesławy, aby ocalić mienie ludzi.
Czy miał co z tego? Czyż płynęły mu jakieś olbrzymie zyski? Nie, zaledwie praca ta całodzienna wszystkich jego władz umysłowych pozwoliła mu dotąd odzyskać zatraconą przez Bernarda jego własną