— Oum... ?
— Panny Appelstein — poprawiła się Zabanowska, zapominając wciąż, że hrabina nietylko nie pochwalała, ale nie uznawała zażyłości jej z tym domem. - Otóż ten stryj, to ma być bardzo rozumny człowiek, któryby nigdy nie pozwolił wyjść synowicy za człowieka, któryby nie dawał rękojmi, że ją potrafi odpowiednio do jej wychowania utrzymać. Dowiedziałam się to wczoraj od tego właśnie pana z Warszawy, pana Bywalskiego...
Hrabina pogodniała. Krew ustępująca z głowy i mózgu, robiła jej cerę twarzy dziwną. Pozostawały na niej miejsca zupełnie blade i inne różowe, jakby plamy duże, oddzielone. Słowa przyjaciółki ją ukoiły, ale na chwilę tylko. Cóż jej przychodziło z tego, że się jej syn nie ożeni z panną Appelstein, jeśli sam fakt ten nie wpłynie nic a nic, aby książe ożenił się z Wandą?
Nagle z oburzenia zawołała:
— Bo gdyby był taki, jak inni? Gdyby pieniądze miały dlań urok? Gdyby przegrał kiedy większą kwotę w klubie... do mnie przyszedłby, a ja bym mu podyktowała warunki.
Zabanowska opuściła oczy. Miała ten zwyczaj, ile razy ktoś przy niej się zapominał i wygłaszał rzeczy, od których wyłuszczania, uważała, powinien się wstrzymać.
— Oum?... — podchwyciła też uspokokojona hrabina, której znów inna myśl przyszła do głowy. — A gdyby dwakroć?
Tę myśl nasunęła jej kombinacya. Jeśliby Appelsteinów sto tysięcy połączyć z temi stoma, które mogła na hipotekę pożyczyć, to małżeństwo księcia, jeśliby tenże na to się godził, było jeszcze możliwe.
— Nie! — odparta po namyśle Zabanowska. — Książe stary mi kilka razy mówił że jeśli się godzi na tak mały posag panny Wandy, to tylko z tego względu, iż widzi, iż syn jego jest zakochany. — I — jęła innym tonem — nie masz się czemu dziwić. Wszakże książe lepiej jest od twego syna. Jeśliby chciał myśleć tylko o interesie w małżeństwie, to przecież trafiłby jeszcze lepiej, niż na Trzeczunowicza, który daje trzykroć za hrabiego! Vous savez, a za księcia?
— Ooooooooum... — jęknęła Porycka. Była zwalczona. Wszyscy mieli racyę.
I Zabanowska i książe.
Na razie więc nie myślała dłużej o tem mówić. Potrzebowała widzieć najprędzej syna. Potrzebowała upustu żółci, wzbierającej w niej, jakby w rzece.
Oh! Rozmówi się z nim stanowczo, z nim, z tym katem jej, z tym wyrodnym i synem i hrabią i Lwowianinem.
Zabanowska, która w liczbie swych niepomiernych talentów miała jeden, graniczący prawie z geniuszem, a mianowicie odgadywania sekundy, w której się stawała niepotrzebną, wstała, zabierając się do wyjścia.
— Oum?... Wychodzisz? — mruknęła hrabina.
— Muszę... Vous savez...
— Może jutro na obiad? Zabanowska się zamyśliła.
— Wprawdzie baronowa mnie prosiła, ale tam codzień jestem proszoną... — stanowczej dodała — dobrze !
Hrabina została znów sama, zadzwoniła i kazała oznajmić synowi, że go czeka. Zanim przyjdzie — ochłonie. Instynkt jej mówił, że z takim marynarzem może gwałtownością i uporem przeholować. Ale znów z drugiej strony organizm samowładny, rozpasany w zginaniu ludzi i okoliczności, domagał się zadośćuczynienia.
Wszakże "ten człowiek" doprowadzał ją do rozpaczy. "Tym człowiekiem" nazywała w myśli i nawet mówiąc do córki, swego syna. Wszakże on ją pierwszy, ja starą, zapoznawał z tem strasznem cierpieniem, w którem doznajemy wrażenia, że bezskutecznie głową jakby taranem w jakiś mur tłuczemy.
Tego cierpienia doznawała hrabina, i tem boleśniejszego, że dotykało jej despotycznego charakteru, pospolitego przedwczesnym wdowom, a cierpienie to zadawał jej syn. Cierpienie zaś ma i to jeszcze do siebie, że jest tem boleśniejszem, im przez bliższego jest zadawanem.
Nagle otworzyły się drzwi, szarpnięte ruchem, do którego nawet one, te drzwi, zdawały się być nieprzyzwyczajone.
Hrabina aż przystanęła, krzyżując ręce, jakby z przerażenia. Jakżeż ją straszył ten marynarz.
Marynarz! Bo wszedł ubrany w kostyum marynarski. Tak bowiem do niego przywykł, tak go lubił i tak się czuł w nim sobą, że nosił go całe rano, dopóki nieopuścił domu.
Był prawie piękny w tym granatowym z flaneli, jakby porannym fantazyjnym