— Prócz tego widzisz, comme on a èlè sincère avec moi, młody książe ma długów do pięćdziesięciu tysięcy. No! to było do przewidzenia. A stary książe nie pozwoliłby, aby syn jego zaczynał egzystencyę z długami. Mówi, że to... ostatnia rzecz. A reszta, reszta potrzebna na odświeżenie Kustomytyna. Rezydencya ma być podniszczona...
— Oum? — jęknęła hrabina. Wydawało się jej dziwnem na razie, aby ona musiała ponosić te wszystkie ciężary. Ale zastanowiwszy się, że nietylko książe dyktował podobne warunki, ale że było to chorobą wieku, charakteryzującą małżeństwa w niem zawierane, uspokoiła się nieco i odezwała:
— Oum... nie mogę.
— Trzeba koniecznie coś wymyśleć.
Nastało długie milczenie. Zabanowska obligowana, aby to małżeństwo doprowadziła do skutku, nie chciała przerywać namysłu hrabiny, mogącego porodzić znowu sto tysięcy guldenów. Chodziło wtedy już tylko o sto jeszcze, łatwiejsza byłaby więc sprawa.
Ale Porycka rodzić nie myślała. Dobra były w dzierżawie. Odpadały różne
kombinacye, dające grosz chwilowo. Nie była ich właścicielką. Lasy były wyniszczone na "wychowanie dzieci", jak mówiła, a właściwie na podróże do wód i włóczęgi po świecie z córką na wydaniu i z swą nudą na rozerwaniu. Irytowała się tylko na Edwarda, przeciwko któremu żółcią wzbierało jej zranione macierzyńskie serce. Gdyby on...
— Oum... — głośno dokończyła myśl nurtującą — gdyby Edward Chciał... Trzeczunowicze...
— Ah! vous savez à propos — podchwyciła Zabanowska. — Głuskim bardzo się nie podoba to staranie się Edzia o Appelsteinównę. Wyraźnie, wyraźnie — powtórzyła z naciskiem — stara kiężna powiedziała, że nie przypuszcza, aby bratanek jej mógł być szwagrem panny Appelstein. Stary książe zaś nie bierze tego nawet na seryo.
— Oum?
— Uspokajałam ich jak mogłam. Nastąpiło znów milczenie. Kolory
oblały oblicze pani Poryckiej. Poruszyła się nawet w swym fotelu. — A więc ten syn, ten marynarz nieokiełzany stał jej dziś na drodze, jak nieprzeparta zapora. Oh! Rozmówi się z nim ostatecznie! Albo zwycięży
albo niech sobie wraca na okręt i czeka jej śmierci, bo póki żyje, nie da ani grosza...
Ale gdyby Appelsteinowie wzięli go mimo jej buntu, wzięli, jak stoi bez centa dochodu... Gdyby ona w tym uporze postawienia na swojem, sprzedała dożywocie za ryczałtową sumę, zlikwidowała schedę córki? Razem mogłoby to dać przeszło trzykroć, a Edward niechby był marynarzem i żył w świecie, gdzie pieniądze były dla ludzi, a nie ludzie dla pieniędzy. Zobaczy to! Bo dziś to ją usiłował ograbić. Appelsteiny, takie Appelsteiny nawet, dając głupie sto tysięcy, chciałyby, aby i on miał przynajmniej tyleż.
Zabanowska nie rozdmuchiwała tej burzy, którą czuła, szalejącą poza różowym obłokiem, kraszącym jakby rumieńcem dziewicy, stare, ale dziwnie pod względem cery, zachowane oblicze przyjaciółki.
— Oum... ? — mruknęła hrabina z tym spokojem, który największych znawców fizyognomii mylił co do natury tej kobiety. — Wczoraj podobno byłaś u Appelsteinów ? Był i Edward? Był i jakiś pomocnik sprowadzony z Warszawy... ?
— Zkądże wiesz?.
— Oum?... mówiono mi... — Wiesz więc więcej odemnie.
— Ca chauffe... ?
Po długiej przerwie podchwyciła:
— Ale, jeśli ty zdecydowaną jesteś niepozwolić, jeśli, jak mówiłaś, grosza nie dasz.
— Oum?... A gdyby Appelsteiny go wzięły bez grosza? Wszakże lepszy rydz niż nic... Czyż się znajdzie drugi taki głupi we Lwowie ?
— Nie! — przerwała Zabanowska stanowczo — Irena...
— Oum... ?
— Pani Appelstein — poprawiła się — nigdy nie zapomni że jest Starża z domu. Par force (nigdyby nie weszła do domu, w którym by jej nie chciano. El puis elle abhorre le scandale... Ślub bez udziału matki pana młodego... Cofnięcie się całego towarzystwa, bo przecież wszyscy wzięliby twoją stronę...
Porycką balsamicznie koiły te słowa i słuchała ich dalej, uwagą swą skłaniając przyjaciółkę do gadatliwości. Ta też poprawiła:
— Zresztą jest tam jeszcze stryj, pan Jakób Appelstein, bogacz warszawski, opiekun Lulu...