Zapraszamy do lektury! Prawo dla każdego - umowa o dział spadku
przepisywanie
szkolenia dla managerów szkolenia warszawa Szkolenia dla pracowników
Przedszkole Katowice Przedszkole Katowice Przedszkole Katowice
Czym jest szczęscie

www.karty-plastikowe.eu
www.sklep-apteka.pl
www.emtor.pl
Poryckich na herbatę, a nikt nigdy nie wyłapał jej na popełnieniu nietaktu, czy zdradzeniu jednego z sojuszów, jakie miała w różnych celach z wszystkimi domami.
Żyła jak student, nie prowadząc u siebie kuchni, zbytecznej jak mówiła wobec tego, że codzień miała trzy proszone obiady, a raz tylko jeden w lecie, od dwudziestu lat pamiętała, w sezonie największych upałów, musiała sobie kazać przynieść obiad z restauracyi.
Zdrowie miała nadzwyczajne. Bajeczne kursa odbywała pieszo zimą i latem, jeśli nie spotkała po drodze jakiejś z przyjaciółek, które ją do swego powozu zazwyczaj zabierały. Ta siła w nogach, bo o dziesiątej rano wybiegała od siebie, by nie wrócić często aż w nocy, tem więcej jeśli nie potrzebowała przebierać się na obiad lub wieczór, imponowała hrabiemu Juliuszowi.
Cytowano jego drugie bon mot. Gdy raz we Lwowie zdarzył się jakiś skandal w małżeństwie Szkatulskich i towarzystwo podzieliło się na dwa obozy, Zabanowska od razu ustanowiła się pośrednikiem. Biegała wtedy tak wiele, iż hrabia Juliusz, zagadnięty na jakimś wieczorze, kogo w ciągu
dnia widział, odparł: "Nikogo, tylko Zabanowską. Zmalała o dwa cale". "Jakto? Co?" — wykrzyknięto ze wszech stron. "No — odparł hrabia ze swą anegdotyczną powagą, podnoszącą każdy dowcip — w interesie tych Szkatalskich, uchodziła sobie nóg ze dwa cale najmniej".
Tak żyjąc, nie potrzebowała być bogatą, by wytrzymać stałe obcowanie tylko z majętnymi ludźmi. Wprawdzie żaden lokaj nie pamiętał, aby mu dała napiwek, ale też nikt sobie nie przypominał, by czego odeń żądała. Ubraną była zawsze starannie, czarno, w swem niepocieszeniu po utracie męża, jak twierdziła, ale w uszach nosiła dwie prawdziwe perły, które jakkolwiek miały refleks żółtawy, obudzały zazdrość samej hrabiny Poryckiej, nie mogącej się na podobne zdobyć, mimo dożywocia na dużych podolskich dobrach.
W tej epoce Zabanowska należała tak ściśle do inwentarza salonów Lwowa, tak się wszystkim opatrzyła, tak już ze wszystkimi się zżyła, że raz na rok, w czasie chyba zjazdu z prowincyi, znachodził się ktoś, coby sąsiada zapytał: "A kto to ta Zabanowska? " I takie zapytanie postawiłoby w kłopotliwem położeniu każdego, bo nikt z nich więcej o niej nie wiedział, tylko to,
co widział i nadto nie pojmował, że nic więcej nie wiedział.
Otóż i tu cytowano niezrównanego hrabiego Juliusza. Podczas wystawy jakiś wiejski oryginał zapragnął wiedzieć, kim była Zabanowska i hrabiego Juliusza zagadnął o to. "Zabanowska! — odparł hrabia — a cóż za oburzająca ciekawość, czterdzieści lat ją widuję codzień i nie miałem tej ciekawości... "
— Vous saveg — mówiła, zabierając się do zajęcia krzesła opuszczonego przed godziną przez Bywalskiego — spóźniłam się o trzy kwadranse...
— Oum... — mruknęła Porycka, obserwując figurę Zabanowskiej i badając po raz dziesięciotysięczny, w jaki to ona sposób tak swobodnie zasiadała, nogą sobie krzesło podsuwając ewolucyą pełną wprawy i zgrabności. Zazdrościła jej tego. Ona musiała każde krzesło obejrzeć, zanim usiąść się na niem odważyła — ta zaś nie patrząc na nic, mówiąc trafiła w nie, niechybiając milimetra. Poryckiej nie przychodziła pocieszająca myśl, że wprawę taką nabrać można, tylko siadając na cudzych stołkach.
— Vous savez — powtórzyła Zabanowska swym melodyjnym głosem, w którym czuć było staranie przypodobania się —
do tej chwili... prosto stamtąd idę, a nawet dla pośpiechu, by ci nie dać dłużej czekać, wzięłam dorożkę, co mi się nigdy nie przytrafia. Do tej chwili przez trzy godziny bawiłam u księżnej.
Pani Porycka tak znała grę fizyognomii Zabanowskiej, iż już po tych słowach była pewną niepowodzenia, jakiego jej przyjaciółka doznała.
— Oum? — mruknęła, bledniejąc.
— Radziliśmy, liczyli, rachowali. Był i stary książe. Pomagała i księżna sama... Widziałam, qu' on ąurait voulu faire l' impossible... Ale sama przyznasz, że to niemożliwe.
Tu rozsiadła się. Torbę ręczną, którą zawszą nosiła, którą nosić musiała, absentując się często po całych dniach z domu, a w której mieściły się różne drobiazgi, odłożyła na stole. Westchnęła, jakby łapiąc powietrze na dłuższy okres czasu i podjęła:
— Stary książe daje synowi dobra galicyjskie za zapłatą dwukroć, których naturalnie potrzebuje, jeśli ma się wynieść z Kustomytyna. A przecież nie chciałabyś, by razem mieszkali.
Hrabina ani mruknęła, więc Zabanowska mówiła dalej:
 
© 2010 www.skjkc.pl