pod uwagę życzeń syna, to teraz po wizycie tego starego, którego Bóg wie jakiem prawem nasyłała jej pani Appelstein, aby jej we własnym domu mówił impertynencye, — będzie nieugiętą. Jeśli dotąd była zimną dla tej eksbankierowej, która przebojem torowała sobie drogę w świecie, to teraz potrafi być niegrzeczną. Jeśli dotąd nieprzeszkadzała jej w zdobyciu sobie w lwowskich salonach pozycyi, te teraz użyje swego nie małego wpływu, by wyparować te intruzkę.
— Dosyć tego! — mruknęła, zaczerwieniona od tej irytacyi, pouszy, tym odrębnym jej rumieńcem, świeżym młodocianym na zakonserwowanej nadzwyczajnie cerze starej twarzy.
Chodziła po pokoju po dywanie głuszącym jej kroki. Myśli jej biegały. Zatrzymała się na jeszcze ważniejszym przedmiocie, niż wyrugowanie pani Appelstein ze świata, bo oblicze jej się zasępiło. Zabanowska miała jej właśnie przywieść relacyę, dotyczącą rzeczy, która jej tak leżała na sercu, iż to zamierało, gdy o niej pomyślała.
Opuściła się na swój fotel i splotła ręce, chowając dłonie, jakby zimno było.
— Ah! — szepnęła — jakże się to wszystko plącze.
Cierpienie, które malowało się na jej obliczu, zdradzało swemi rysami ogromny despotyzm tej natury. Nie ścieśniło go, nie kurczyło niem, tylko uderzyło krwią do głowy, krwią wzburzonego organizmu, któremu się nie działo podług jego woli.
Plątało się jej wszystko. Gdyby Edward był się zechciał ożenić z panną Trzeczunowiczówną, ormianką, urodzoną z Turnównej, spowinowaconą od pół wieku z całą lwowską arystokracya, jak była ułożyła, to byłby wziął na stół trzykroćstotysięcy guldenów. Te trzykroć byłyby wystarczyły na spłatę siostry. O tę zaś siostrę, gdyby miała gotówką trzykroć a nie w ziemi zaniedbanej od lat, starałby się książe Głuski, syn wielkiej księżnej.
Tak była to ułożyła. Ze się to uda, zapewniła ją przecież była Zabanowska, powiernica księżnej, arka przymierza wszystkich lwowskich tajemnic. Ba! zapewniła ? Ona jej insynuowała ten projekt, który od dnia powzięcia go, nie dawał jej zaznać spokoju.
A tu Edward nie myślał wziąć sobie do serca tych planów, nie pojmował ich
doniosłości. Zdawał się nie rozumieć pewnych poświęceń dla pozycyi. Bo przecież byłoby to zdobyć nie lada pozycyę, spokrewniając się z Głuskimi. Ona od dawna, od śmierci męża, nie będąc nigdy ani piękną, ani światową, ani bogatą, czuła się zepchniętą na niższe kondygnacye tych schodów, jakimi jest wielki świat. — Cierpiała na tem szalennie w swej salonowej próżności, wypełniającej jedynie całą jej realną naturę. Cóżby to było dla niej ożenić syna z Trzeczunowiczówną, wydać córkę za Głuskiego. Byłoby to połączenie się z całą arystokracya rodu i znaczenia wschodniej Galicyi. Głuscy byli Głuskimi, a stary Trzeczunowicz, łatwo być może, będzie i namiestnikiem.
Plan ten wykarmiła, przygotowała. Z Trzeczunowieżami była "au mieux". Pannie podobał się ogromnie Edward, nie wiedzieć z czego, ale się podobał. Księżna była dla niej łaskawą jak nigdy, zapraszała na familijne herbaty, a młody książe swojem zachowaniem się, każdem słowem i spojrzeniem mówił zakochanej w nim Wandzi, jej córce:
— Gdybyś miała ze trzykroć, zaraz ożeniłbym się z tobą.
— Aaaaach! — westchnęła rozgoryczonym głosem.
Cóż to za nieporządek panował na świecie aby syn, którego ona z taką biedą wychowała, którego zresztą nie bardzo lubiła (był jej w swej indywidualności obcym), dziś burzył cały gmach, na którym oparła swoje i gniazda swego, nadzieje. A wszystkiego tego przyczynę upatrywała w niepojętym charakterze Edwarda. Może jej w tem była wina, jej egoizmu, który ją skłonił do puszczenia w świat, niechcącego się uczyć i psotnego dziecka. Gdyby go była wychowała tak, jak wszystkie lwowskie matki wychowywały synów, gdyby go była trzymała przy swej spódnicy, lub u Jezuitów w Tarnopolu, gdyby rezygnowała z egzaminów, a od lat dzieciństwa kazała mu dychać atmosferą czczosci i próżności salonów małej stolicy, małego kraju, to byłby wyrósł na podobnego do innych młodzieńca. Byłby zapewne zrobił jakie kilkanaście tysięcy guldenów długów, któreby ona musiała płacić, byłby drugie kilkanaście przegrał w karty i kazał jej szukać z dnia na dzień pieniędzy w kasie zastawniczej na brylanty, ale byłby też dziś bez namysłu starał się o pannę Trzecznnowiczównę, skoroby przypuszczał, że mu ją dadzą.