Pani Porycka była to kobieta, której wygląd zdradzał najdokładniej jej pięćdziesiątkę. Siwiejące blond włosy pokrywały bujnie małą głowę a twarz o różowej jeszcze cerze, o rozlanych rysach, wydawała się apatyczną. Jedynie w jasnych, siwych, zimnych, niegdyś może pięknych oczach, czytać można było upór. Usta jej wąskie, a mimo to na rozlanej twarzy wyraźne swym rysunkiem pogardliwym i zaciśnięciem, tworzącym dwa silne zmarszczki po obu jej końcach, mówiły więcej aniżeli cala głowa, osadzona na roztyłym, niskim, niemającym śladu figury, kadłubie.
Zimnota, apatya i upór przeważnie walczyły o lepsze w wyrazie jej twarzy niesympatycznej, ale też i nie antypatycznej. Bo nigdy wstrętnym nie jest spokój. A spokojem tchnęła cała postać tej kobiety — spokojem jakby płynącym z swej własnej siły, którą w swym uporze, jeśli nie charakterze, czuła.
Zaledwie skinęła głową, odpowiadając Bywalskiemu na ukłon, a wskazując mu oczami krzesło, dalej patrzyła na swe ręce, jakby je studyując. W tym skinieniu głową nie przebijała się jednak bynajmniej pycha czy lekceważenie, tylko niezmierna
obojętność dla wszystkich, którzy ją specyalnie interesować nie mogli.
Bywała ją pochłaniał z pod monokla. nie mówiąc nic, a ona nie ciekawa nawet fizyognomii człowieka, którego nie znała, oczu nań nie podnosiła.
— Źle! — myślał Bywalski, którego doświadczenie życiowe skłaniało do dawania pierwszeństwa w wszelkich trudnych pertraktacyach, naturom namiętnym i żywym, nad ospałemi i zimnemi.
Nasadził monokl, rozsiadł się wygodniej w krześle ruchem tak swobodnym, że go odczuła hrabina i podniosła nań dopiero teraz nieco zaciekawione, ale zimne oczy.
To co innego — myślała — to nie interesant. Ale czemóż się nie odzywa? Ona nie myślała zaczynać.
Jeszcze chwilę trwało milczenie. I byłoby może trwało dłużej, gdyby nie krząknięcie pani Poryckiej, suche, ciche, zdradzające wypieszczony organ głosu, który nigdy się nie podnosił i przez to nigdy nie chrypi.
— Jestem przyjacielem pani Appelstein...
— Oum... — niby szepnęła, niby się odezwała, jakby potakująco hrabina.
— Warszawianinem -- ciągnął dalej Bywalski — niemający zaszczytu znać pani, ale z pewnością dobry znajomy jej bardzo wielu dobrych znajomych.
Te słowa wywarły magiczny wpływ na fizyognomii hrabiny. Jak był dobrym znajomym jej dobrych znajomych, to był kimś ze świata. Jako matka córki na wydaniu, którą niefortunne losy mogłyby zapędzić aż do Warszawy, winna była mu się przedstawić jako osoba uprzejma i salonowa. Słyszała była nieraz, że w Warszawie, kobiety miały być niesłychanie ugrzecznione i światowe.
Uśmiech tchnący przymusem przebiegł po jej obliczu, a równocześnie ustami zacisnął twardy skórcz. "Przyjaciel pani Appelstein", co on mógł chcieć od niej? Wszakże dość głośno, na prawo i lewo mówiła swym stanowczym głosem, że nigdy na to małżeństwo nie pozwoli, ona którą Lwów znał, jako osobę nieubłaganej woli.
Oum... — jęła — bardzo mi miło — dodała głosem, jaki Bywalski pierwszy raz w życiu słyszał, głosem najzupełniej pozbawionym modulacyi i wyrazu, ale mimo to zdradzającym osobę, której podnieść jego skalę nigdy nie zmusiły okoliczności, ani
uczucia. Te nic nieznaczące oznaki tak go odrazu usposobiły, że gdyby nie wymaganie form, byłby, nic nie powiedziawszy więcej, pożegnał hrabinę, której naturę zimną, a bezwzględną odgadł. Już się nie łudził. Ileż to znał takich matron, zastanawiających swą zimnotą, którym się zdawało, że siejąc szczęście i wypełniając obowiązki, przechodzą przez życie.
Zapewnie pani hrabinie wiadomo — podchwycił — że syn jej, którego wczoraj na obiedzie u państwa Appelsteinów miałem przyjemność poznać...
— Zatem... był? — przerwała.
— Był.
Nastało znów milczenie.
Dreszcz wielkiego niezadowolenia przebiegi po twarzy Bywały, aż mu cera lekko zczerniała. Co on pocznie z taką babą, której na domiar nieszczęścia, najbardziej go nastraszającej niekobiecości, nie był ciekawym? Co począć z nieciekawą nawet babą, mającą talent swem apatycznem przerywaniem ze swem "oum", paraliżować najzupełniej interlokutora. — Ale przecież musiał dalej mówić.
— Muszę pani powinszować syna. Bardzo sympatyczny młodzieniec, odbijający