zardzewiałe, ale serce, którego podszeptów, dawniej poruszany drobiazgami życia światowego, w którym czynny brał udział, nie słyszał.
Grało tu i rolę przyzwyczajenie, o które wszakże egoiści i sybaryci najwięcej dbają. Tak dalece o nie dbają, że nieraz z pokorą i jakby nieświadomością, znoszą wielkie przykrości z niemi powiązane lub z nich płynące. Otóż czynny udział w powodzeniach, i katastrofach życia Ireny stał się bezwiednem jego dwudziestoletniem przyzwyczajeniem. Ale do tego wyniku Bywalski nie dochodził. Irytował się sam na siebie i zwalał wszystko na swoje zbyt dobre, czułe, poświęcające się serce.
Dalekim był od posądzenia się o sybarytyzm. Owszem, uważał się ogólnie w ostatnich czasach za bohatera, zahartowanego w obojętności na wygody życiowe. Wszakże doskonale się obchodził bez wyborowych cygar, bez których zbankrutowany, zidjociały Bernard, przecież obejść się nie mógł.
A jeźli w tej strasznej nocy jakiś głos mu mówił, aby porzucił to wszystko i uciekł do Warszawy, do swego starokawalerskiego home, który nad wszystko z wiekiem
zaczynał oceniać, to mu stawał w myśli Jakób Appelstein.
I samolubny projekt pierzchał. Cóżby on jemu powiedział w Warszawie, gdy ten nad nim stanąwszy, wlepi weń swe żółte, wielce semickie, ale przejmujące i dziwne oczy i powie:
— No, opowiadaj! opowiadaj! dokładnie !
A "dokładnie" Jakóba Appelsteina, to nie były przelewki. A niedokładnie ? czyżby mógł? on codzienny gość bankiera, związany z nim jakimiś węzłami silnymi, których pęta czuł od lat szesnastu, od dnia, w którym stał się powiernikiem jego i wysłannikiem do Berlina z brylantami Ireny.
Nie mógł. Musiał zbadać sytuacyę, musiał wywnioskować, coby z niej ewentualnie wykłuć się dało, co się wykłuje.
Ale czem go tak ujarzmił ten Jakób Appelstein? Bo jakkolwiek kochał Irenę, to przecież czuł, że raczej dla Jakóba postanawiał przedsiębrać kroki w jej sprawie. Czem go ten Jakób ujarzmił, czy tym wpływem jaki równie silne, stanowcze i niezachwiane natury, jak jego, wywierają na słabych. Czy go opętał tym rozumem, mającym coś Faustowskiego w wyrazie je-go bystrych, zmęczonych, spokojnych, a tak
wyrazistych i głębokich oczu? Czy. może jego, salonowca, bałwochwalczego przez to czciciela złota, opanował tem powodzeniem, jakie towarzyszyło każdemu postępkowi wielkiego warszawskiego bankiera?
Nie wiedział. Pamiętał tylko, że w ciemności nocy, w ciszy zamkniętego i przez jednych Appelsteinów zamieszkałego domu, przewracając się na łożu w cierpieniach, braku decyzyi, widział oblicze Jakóba, zadające pytania, na które wszystkie odpowiedzi mieć musiał i mieć je postanowił.
To też rano, skoro tylko nadeszła godzina wizytom odpowiednia, wyszedł i podążył ku ulicy Karola Ludwika, przy której mieszkała hrabina Porycka.
O tej wizycie nic nikomu nie powiedział, chcąc uniknąć podobnej do ostatniej sceny, gdyby jej cel równem niepowodzeniem został uwieńczony.
Liczył na swoją wymowę, na swoje obycie, a najwięcej na jedną okoliczność, którą niejednokrotnie w życiu sprawdził, a mianowicie tę, że z żadnych opowiadań nic a nic się ludzi nie poznaje. Opowiadając, każdy przedstawia osobę tak, jak mu się ona- przedstawia, nie licząc się z tem bynajmniej, że ta sama osoba w innych okolicznościach, innym oczom, czego
innego od niej żądającym, zupełnie inaczej przedstawić się może.
Starał się zapomnieć o tem co mu o pani Poryckiej powiedziano i ułożenie planu swojej z nią rozmowy, pozostawiał intuicyi chwili, w której ją pozna.
To też, z usposobieniem, charakteryzującem prawdziwych światowców, swobodnie dzwonił do drzwi hrabiny, pod wrażeniem, że pozna całkowicie mu obcą i nową osobę.
Hrabina bawiąc właśnie w salonie przypatrywała się swoim rękom i myślała nad nową zgryzotą, jaką jej sprawić usiłował syn, gdy jej oznajmiono, zapomocą karty wizytowej, Bywalskiego.
Przeczytała nazwisko, które jej celu wizyty objaśnić nie mogło. Jakiegoś interesanta, sądziła, zwiastuje jej ten bilet, noszący nazwisko o obcem brzmieniu. Ona właśnie pragnęła się skupić nad nieszczęściem, jakiem w tej chwili było dla niej zajęcie się Edwarda "tą żydówką", a tu jej przeszkadzają.
— Interesant? — zapytała lokaja.
— Nie! zdaje się...
— Prosić! — rzekła z westchnieniem.