żona i córka, otworzył usta, rozszerzył źrenice już i tak rozszerzone i podniósł się z fotelu z wysiłkiem.
Wstawszy, długo pracował ustami wydymając policzki, poruszając wargami, aż wreszcie wymówił wieczne:
— Irena!
Urwał, zabełkotał i dodał:
— Mor... fi! na!
Stali. Bernard wpatrzony i pytający, Bywalski oniemiały, biedniejąc w miarę, jak rozumiał.
Ale uczuł, że go pociąga Appelstein i ruszył z miejsca.
Paralityk go prowadził do salonów.
A więc był przytomny — myślał Bywalski i zdawał sobie siedząc jak mumja, sprawę ze wszystkiego. Gdy żona jego i córka opuściła gości, on czuł się w obowiązku niepłoszyć nieobecnością gospodarstwa domu ich wesołości.
W swej niemocy, w swem zidyoceniu, pozostawał tym samym Appelsteinem, który miliony stracił gwoli jedynej namiętności, jaką miał, namiętności bycia uprzejmym amfitrionem domu ubóstwianej Ireny.
Bywalskiego, obyłego z wszystkiemi komedyami, jakie grane nieraz widział na
wielkoświatowych salonach, przejmowało do szpiku kości to położenie jego przyjaciół, względnie okropne, straszne!
Ta matka wstrzykiwała sobie morfinę, aby się utrzymać na nogach do końca konwencyonalnego wieczorku, danego w celach szczęścia i przyszłości dziecka, któremu ten bezwładnie opierający się na Bywalskim manekin poczciwca, nie umiał z milionów ocalić niezbędnego dziś posagu.
Bywalski był jakby do ziemi gnieciony temi myślami i wypływającym z nich morałem na temat tej nieubłaganej konsekwencyi życiowej.
* * *
III.
Bywalski postanowił zrobić, co tylko było w jego mocy, w celu doprowadzenia do skutku związku Lulu z Poryckim. Zresztą było to nietylko potrzebą jego serca, jedynie w świecie może przywiązanego do Ireny i do rzeczy ją obchodzących, ale i tkwiło w zleceniach, jakie mu gorąco polecił Jakób Appelstein, gdy wyjeżdżał wezwany przez Irenę do Lwowa.
Skoro bowiem nadeszła doń ta depesza, której treść naturalnie zakomunikował szwagrowi Ireny, zaraz obaj wpadli na domysł, tak z treści depeszy, jak i z położenia rzeczy skądinąnd już nieco wiadomego, że tu chodzi o kwestyą matrymonialną.
— Proszę cię — powtarzał mu Jakób — dowiedz się wszystko dokładnie... dokładnie.
Otóż, po nocy trapionej bezsennością, spowodowaną wrażeniami poprzedniego
wieczoru, a szczególnie, doprowadzającem go do rozpaczy morfinowaniem się Ireny, powziął postanowienie nietylko poznania hrabiny Poryckiej, ale zbadania terenu i w świecie, a nawet pogadania z doktorem domowym Bernardów.
Całe położenie bowiem rzeczy w domu Appelsteinów wysoce go gryzło, a w gorączce bezsennej nocy jeszcze się w czarniejszych przedstawiało barwach.
Myśl o Irenie, podlegającej okropnej chorobie, dobijała go.
W pierwszej młodości miał przyjaciela mortinistę, który w kwiecie wieku, w męczarniach na jego ramieniu ducha wyzionął. To wspomnienie jak zmora go dręczyło i zawsze jakby świeże stawało mu w wyobraźni, ile razy o tej chorobie w życiu zasłyszał...
To wszystko nie pozwalało mu obojętnie zakończyć pobytu we Lwowie na nieuwieńczonych powodzeniem staraniach u księżnej.
Zresztą z wiekiem Bywalski stał się mniej samolubem, egoistą i sybarytą. Doznawał teraz potrzeby stać się pożytecznym, którą dawniej z konieczności zaledwie znosił. Odzywało się w nim jakieś serce