żyjącą ofiarę jego światowo-matrymonialnych kombinacyj.
Przyjechał był wczoraj, wezwany przez Irenę telegraficznie, jak nieraz bywał wzywany, skoro on jeden z tylu przyjaciół, przyjacielem jej pozostał. A potrzebnym bywał często w przeprawach jej życia, jakie tu we Lwowie od lat szesnastu prowadziła, tak odmiennego od tego, które pod postacią Bernarda Appelsteina, przy dźwięku złota, a blasku brylantów, była poślubiła.
Siedział jakby bezwładny w fotelu. Miał zdać Irenie sprawę z delikatnej misyi, którą mu powierzyła, dla której go wezwała. Tę misję naturalnie światową już spełnił, ale teraz nagłe brakło mu odwagi udzielić jej rezultatu, kobiecie siedzącej przy nim i jakby w trwodze gorączki wyczekującej, aby przemówił, a bojącej się go wprost zapytać.
Czuł to Bywalski, ten subtelny znawca odrębnych indywidualności kobiet świata wielkich i małych finansów. Czuł i zwlekał, niby zapominając o wyłącznym celu swej tu bytności, a zabawiając kobietę rozmową o niczem, której praktyka trzydziestoletnia nadała jego fizjognomii tę cechę bezwyrazistości, ogłupienia prawie tem lawirowaniem w bezmyślnej próżni salonowej. Zresztą zastanawiała go w tej chwili twarz
Ireny tak jeszcze piękna, młoda, a tak rysami cierpień pomasakrowana. Te bruzdy od kończyn delikatnych nozdrzy do kończyn ślicznie wykrojonych i różowych ust; to zagłębienie pionowe, zbliżające do siebie łukowate brwi?
Ale nic tak nie zastanawiało Bywalskiego, jak oczy Ireny. Dziwnych w nich dostrzegł zmian i wytłumaczyć sobie ich nie umiał. Błyszczały nienaturalnym blaskiem, jakby pochodzącym od krwawych łez, bo białka zabiegły różowym odcieniem a w obu końcach wpadały, jak u pijaków, w czerwone tony.
Co to było ? Czyżby była płakała ? Czyby tak wogóle starzały się piękne oczy niewieście?
Studyował ją dalej. Niestarzała się przecież tak gwałtownie. Figura jej zachowała cały młodociany wdzięk, rysy jędrność, oblicze swój niezrównany inteligentny, a tak dobry wyraz. Ani jeden siwy włos nie igrał w hebanowych splotach, a szyja, ta zdrajczyni kobiet, dziwnie potrafiła utrzymać cerę młodego ciała.
Ale te oczy? te oczy, które nadawały jakiś niespokojny wyraz temu posągowemu zawsze obliczu, które się powiększyły, wychodziły trwożnie z powiek, miały jakiś
ustawiczny błysk i dziwną łatwość przewracania się w swych oprawach.
Czy tak było ? Czy jemu się zdawało ?
Gdyby nie znał tak, jak zna Irenę, toby przypuszczał Bóg wie co, sądząc po tych zaszłych krwią białkach, po tem niespokojnem wejrzeniu, nielicującem z całą indywidualnością kobiety. Przypuszczałby, że cierpiała...
Ta myśl go zmusiła do poruszenia się na krześle.
On nie lubiał sprawdzać cierpień, a szczególnie nie lubiał przeprowadzać tej dyagnostyki na ciele jedynie może mu drogiej na świecie istoty, do której, jeśli się nie przywiązał sercem, którego światowiec mieć nie może, to przyzwyczajeniem lat czterdziestu.
Może i cierpiała...
Wszak dochód dwunastu tysięcy rubli jaki jej regularniej od chronometru Jakób Appelstein wypłacał, mógł jej nie wystarczać na pociechę po wszystkich zawodach życiowych.
Wszak ta kobieta, będąc żoną bankruta, była sama również wielką bankrutką życiową.
Co ją boleć mogło?
Myślał i co chwila poruszał się na fotelu tym ruchem indywidualnym ludziom nieznoszącym przykrego przymusu, nawet tego, jaki im narzuca własna praca mózgu.
Myślał............
A Irena nie wiedziała, że to ona była przyczyną od chwili, upartego milczenia towarzysza. Ona cała była pogrążoną w ciekawości, co jej za odpowiedź przyniósł przyjaciel, od hrabiny Głuskiej. Ona cała była w śmiertelnej trwodze dowiedzenia się, czy będzie czy nie będzie zaproszoną na ten bal..
I podczas gdy ją trawioną niepokojem, badał Bywalski, by odgadnąć jakie to uczucia tak zmieniały oblicze przyjaciółki, do której go przywiązał wielki dramat życiowy, ona nie odgadując tego, pochłaniała myślą całą genezę tej swej obecnej męczarni.
A ta męczarnia już od pół godziny, mimo swej siły, rzucającej ją w stan rozpaczy, zamykała jej usta fałszywym wstydem i niepozwalała zapytać wprost Bywalskiego.
— Zaprosi mnie hrabina Głuska na swój bal, czy nie?