Zapraszamy do lektury! najlepszy plan ramowy dla maturzystów
tłumacz przysięgły
Egzamin na notariusza pytania na aplikację notarialną Aktualne pytania prawa
pewna i dobra prezentacja motyw wiosny w literaturze na egzamin
najlepsze kancelaria adwokackie

www.karty-plastikowe.eu
www.sklep-apteka.pl
www.emtor.pl
z jednym z moich kolegów, Włochem, na okręcie, którym płynęliśmy z Ameryki do Hiszpanii ?
— Nie wiem — odparła figlarnie, ale poważniejąc do słuchania. Ona tak lubiała te opowiadania jego o burzach na morzu, o typach marynarzy, o wypadkach w portach, o tem całem barwnem życiu na tem tle, które zaledwie chwytała z kilku romansów Lotiego, jakie jej czytać było wolno. — Nie wiem, ale opowiedz pan, tylko bez blagi, bo ja w połowę rzeczy, które mi pan opowiadasz, nie wierzę.
Poryckiernu znów zagrała tą niezrównaną grą mimiki warga. Ta warga sprawiała, że się nigdy nie wiedziało, czy mówił poważnie, czy żartobliwie, czy mówił prawdę, czy chciał otumanić.
— Panno Leontyno! — groził.
— Opowiadaj pan, Nic się go nie boję.
— Bardzo krótka historya, ale może być dla pani przestrogą. Jechaliśmy z Ameryki do Hiszpanii, mówiłem. Na okręcie znalazła się Hiszpanka do pani podobna, jak pani kokietka i z ogniem lubiąca się przekomarzać, to dmuchać na płomienie, to je gasić, to je zagrzebywać w popiele,
to je rozniecać. Zakochał się w niej marynarz, mój kolega z Fiume, starszy odemnie, Wioch, Delunto di Viva się nazywał.
— Cóż za nazwisko!
— Nazwisko! dobre nazwisko bo ją dobrze urządził. Otóż raz, gdy mu tak dojechała, jak mnie pani dojeżdża, raz zapewne, choć nie słyszałem, gdy udawała, że mu nigdy żadnych praw nad sobą nie dala, bez namysłu, porwany jakimś szałem chwilowym obłędu, przy jego gorącym temperamencie możliwego, porwał ją w objęcia i w oczach nas wszystkich, w oczach matki jej, w oczach całego personelu okrętu, w morze rzucił.
Lulu dech się zaparł na chwilo, tyle werwy, prawdy czuła w słowach młodzieńca.
— I utopił ją?
— Wyratowaliśmy dyszące jeszcze ciało, które wkrótce jednakże zesztywniało. Trudno pani opisać rozpacz... wszystkich. Stało się to na trzy dni przed przybiciem do portu. Hiszpanka była ulubienicą wszystkich znajdujących się na pokładzie.
— A on cóż zrobił?
— Przywieźliśmy go skrępowanego, bo byłby się utopił. Rozpacz jego była czemś
strasznem. Czuwaliśmy nad nim po czterech kolejno. Raz wyrwał się nam z kajuty... Uchwyciliśmy go. Ciskał nami po pokładzie jak piłkami. Byłby się nam w oczach rzucił w morze, gdybym nie był wpadł na myśl zadzwonienia na alarm.
— Cóż się z nim dalej stało?
— Nie wiem pani ! — odparł Porycki z tą spokojną ale nie samolubną obojętnością wojskowych i marynarzy na życie ludzkie, nawet na życie przyjaciół.
— Ah! Jakże można niewiedzieć? — obruszyła się Lulu.
— Miejże pani przestrogo! — polecił bardzo seryo i poważnie Porycki. — Nie jestem Włochem, ale w Tryjeście się wychowałem.
Przerwała im Irena.
— Lulu — mówiła z lekkiem oburzeniem — tak nie można! — Cały wieczór ignorujesz wszystkich. Tak nie można.
— Czy oni zasługują na co innego, jak tylko, aby ich ignorować? — wtrącił hrabia na obronę pomięszanej z niezadowolenia matki Lulu.
— Proszę mi mojej córki nie buntować — odparła z uśmiechem Irena, uchylając się ruchem pełnym młodocianego jeszcze wdzięku.
Podążyła do gabinetu. Tu zastała jedynie męża i Bywalskiego. Inni powrócili do salonów. Ci jeszcze dalej siestowali w odległych od siebie kątach komnaty. Objęła ich wzrokiem i zauważyła, że Bernard spojrzał na Bywalskiego, a ten znów na tamtego, jakby sprawdzając obopólne swe dawne gusty i przyzwyczajenia.
Pani Appelstein usiadła przy przyjacielu. Rozmawiali. Ale Bywalski, u którego z wiekiem digestya zaczynała się coraz później po jedzeniu i płynęła coraz wolniej, nie miał ochoty do rozmowy. Marzył o herbacie. Dopiero, gdy przez drzwi, prowadzące do dalszych pokoji, naprzeciw których siedział, ujrzał służących, uwijających się z tacami, odzyskał, jeśli nie werwę, to zdolność do mówienia.
— Trudna sprawa — bąknął chciwej wrażenia, jakie wyniósł z rozmowy z hrabią, Irenie. — Jak się pokazuje, młody człowiek, poprostu na razie nic nie ma, tylko matkę, pogrążoną w chorobie wieku matek, chorobie wydania córki. Gdyby nie ta siostra, sprawa poszłaby łatwiej. Ale tu się ma do czynienia z tą babą — tu wtrącił ze swym dawnym złośliwym wyrazem — mówię językiem hrabiego, mającą posłannictwo.
© 2010 www.skjkc.pl