Zapraszamy do lektury! Język angielski kurs - AZ Angielski
najlepsze kancelarie adwokackie
szczecin EKG
tworzenie stron szczecin
allapri.pl

www.karty-plastikowe.eu
www.sklep-apteka.pl
www.emtor.pl
kandydat na jakiego przyszłego dostojnika? Mnie frak do rozpuku rozśmiesza. Ja nie mam pojęcia o tych rzeczach niezbędnych, jak tu widzę w potocznem życiu. Kiedyś mnie księżniczka Głuska, do której się mama pali, jak ja do pierwszej spódnicy, gdy dobijam do portu, spytała Aimez-vous Bourget? Zeby mnie kto był zabił, nie wiedziałem o jakiego jej Bourgeta chodziło. Albo ja znam literaturę czy historyę? Ja znam lepiej historyę Całypso w Tryeście, niż Lwowa w Polsce.
— Calyp... — podchwycił Bywalski — to zapewne kokota w Tryeście?
Porycki buchnął szczerym śmiechem.
— Także ładne na panu zrobiłem wrażenie. Całypso, to okręt, na którym spędziłem lat trzy życia, okręt kursujący między Tryestem a New Jorkiem, stary grat jak Zabanowska, ale słowo honoru daję, z lepszym masztem, jak jej głowa.
Bywalski śmiał się serdecznie.
Dobrze, że przyjechałem do Lwowa — myślał. — Byłbym umarł w przekonaniu, że wszyscy hrabiowie w całej Polsce paplą niby paryzką francuszczyzną, o kuchni i bajkach, a marzą o posagach — a jeśli bardzo rycerscy i indywidualni, o koniach wyścigowych i grze hazardowej w klubie — a jeśli
bardzo rozsądni, jeśli już luminarze, o gotówce w banku i radcostwie w dyrekcyi. Dobrzem zrobił, że przyjechałem, — powtarzał w myśli. — Takiego hrabiego jeszcze nie widziałem, takiego hrabiego, co sobie kpił z hrabstwa, a głowie Zabanowskiej odmawiał rozumu, jaki miał maszt Calypso.
— Hohoho! — śmiał się szczerze.
— Bawię pana poprostu? — zawołał z przestrachem Porycki swym tonem jędrnym, z tym nieokreślonym, u niego jedynym wyrazem pobudzającym do wesołości, jaki mu wciąż igrał na ustach i tkwił w nerwowem, sympatycznem jakiemś drganiu górnej, pięknie wykrawującej usta, wargi.
— Ha, ha! ha! ha! ha! ha! Rzeczywiście bawisz mnie hrabio, Ta Calypso, którą wziąłem za kokotę, ta Zabanowskiej głowa porównana do masztu... Ha, ha, ha!
Śmiali się obaj.
— Łatwo się panu śmiać — zawołał Porycki — ale mnie się na płacz zbiera... Ja się kocham w pannie Leontynie, a przywiązałem się do pani Appelstein. Te panie są jakieś inne, niż te wszystkie... — urwał, poszukał, nie znalazł i robiąc odpowiedni gest mimiczny, mówił:
— Jakieś są, takie, jakie widywałem po świecie, do jakich przywykłem, nie mówiąc o Nowym Jorku i o Zanzibarze, ale choćby w Wiedniu i Hamburgu.
— A więc musisz pan wpłynąć na swoją matkę — wtrącił Bywalski, zakładając monokl z ruchem pełnym obojętnej, nawet znudzonej swobody, chwytając się za nogę, jakby go coś w nią ugryzło, dodał:
— Przecież pan zdoła jej wyperswadować, że taką a nie inną jest twoja wola. Wydajesz mi się hrabio być człowiekiem umiejącym chcieć.
— Parbleu! — wykrzyknął, obracając się cala osobą do Bywalskiego i podrzucając nim znów siłą zbyt elastycznych i ściśle z sobą pokrępowanych sprężyn w kanapie — zapewne, gdy mam do czynienia z żywiołami, przeciwnościami, ale nie z babami... Polskie baby, widzisz pan, to osobny gatunek.
Tu się zamyślił, spoważniał i ciągnął ciszej:
— Zresztą ja mam siostrę. Wydać za mąż tę siostrę, wydać ją tak, jak tu mó-
wią, a czego-wcale nie rozumiem, aby zrobiła partyę, jest pochłaniającem moją matkę uczuciem. W tym celu potrzeba, abym
ja się bogato ożenił i posagiem mojej żony mógł spłacić jej po ojcu schedę. Jeśli moja matka pragnie abym ja zrobił tę partyę — tu znowu warga mu zadrgała — to stokroć razy więcej jeszcze pragnie, aby ją zrobiła moja siostra. Ja jej jestem na pół obcy... Widzisz pan, jakie tu zachodzą kombinacye i bądźże pan tutaj mądrym, do miliona dyabłów.
Bywalski się zamyślił. Rzeczywiście ta partya z tą hrabiną, mającą takie kombinacye partyj, była trudną. Była nią nietylko ze względu, że hrabina była lwowską hrabiną, ale trudniejszą jeszcze ze względu tej kombinacyi z córką na wydaniu. By tę trudność zrozumieć, znał dostatecznie matki swej epoki, tej epoki, w której panny stały się po prostu towarem, trudnym do lokacyi wobec jakiegoś popędu do celibatu, wobec zwiększonej ogólnej w ludzkości dozy egoizmu, a zmniejszonego quantum idealizmu.
— Hahaha! — zaśpiewał.
Porycki, wpatrzony w starego bywalca, jakkolwiek go po pierwszy raz widział, zrozumiał, że ta śpiewna zwrotka była złowrogą.
— Widzisz więc pan sam...
© 2010 www.skjkc.pl