Zapraszamy do lektury! odpoczywanie
camping
najlepszy program do kosztorysowania norma standard Świetna cena
sprawdzony przez nauczyciela plan prezentacji maturalnej na maturę ustną
kompletny motyw szlachty w literaturze na egzamin ustny

www.karty-plastikowe.eu
www.sklep-apteka.pl
www.emtor.pl
— Co pan mówi? — zapytał Bywalski lokaja.
— Abym jaśnie panu do jego pokoju zaniósł pudełko.
— Poczciwy! poczciwy! — szepnął rozczulony, jakby ze łzą w oku, Bywalski, ściskając obwisłą dłoń Bernarda.
Appelstein poszedł dalej częstować, a Bywalski rzucił się na sofę szeptając.
— A teraz digestya i... cygaro.
— Przypatrywał mu się z lubością.
— Sza... — mówił — to uroczystość. Pozwalam jednakże Poryckiemu usiąść przy sobie. Przecież u licha palić musi... Nie mam ochoty mówić, ale trzeba to dla nich zrobić...
W tym sensie dalej myślał....
Wpadł wreszcie Porycki jak huragan i prosto na leżącego Bywałe.
Ten zrobił ruch jakby mu ustępował miejsca obok siebie na obszernej otomanie.
— Pozwolisz mi pan wypalić obok siebie papierosa?
— Któż widział? — odparł Bywalski, wkładając monokl i obejmując wzrokiem młodzieńca — palić papierosa? Po obiedzie
pali się cygaro, zwłaszcza, jeśli się ma nadzieję natrafić w dzisiejszych czasach na dobre cygaro.
Tu podał Poryckiemu ogromną hawańską sztukę, niepotrzebną mu teraz, skoro nań w pokoju czekało całe pudełko.
— Aaaa — zawołał Porycki, udając przerażenie, a równocześnie siadając jakimś zbyt żywym ruchem, który powodując działanie sprężyn w kanapie, podrzucił Bywalskim. — Dajże mi pan spokój z takim kominem. Gdzieżbym miał cierpliwość wypalić taką maszynę!
— Ho! — pomyślał Bywalski — to nie był młodzian z gatunku klubowiczów warszawskich, pozujących na gastronomów od pieluch.. To było coś innego. —Wybaczył mu poderwanie sprężyn i przypatrywał mu
-się z interesem, jakim każda starość otacza młodość, z jakim typ spotyka typ, pokolenie stare, nowe.
Chwilę milczeli. Światowiec z pod monoklu badał hrabiego. Miał on w tem wprawę, jeśli nie flnezyę romansopisarza. Iluż widział takich młodzików, debiutujących i robiących później karyerę, czy ogłaszających upadłość. Nigdy się nie mylił w horoskopie. To pogardzanie cygarem,
oddalające hrabiego wprawdzie od niego samego, podobało mu się.
Pierwszy odezwał się Porycki.
— Pragnąłem z panem pomówić. Od pani Appełstein (nie wymawiał l, tylko ł, przez co nazwisko to nabierało innego brzmienia) tyle nieraz o panu słyszałem.
— Ah, poczciwa pani Irena...
— Znasz ją pan dawno?
— Czy znam? Wychowała się na moich rękach.. Mam wrażenie, że jest moją córką...
Błysk zadowolenia przebiegł w wyrazistych, śmiejących się, siwych oczach hrabiego i zgasł w mimice sarkastycznych jego ust, zaledwie nadkrytych zarodkiem jasnego wąsa.
— A więc — zawołał z jakimś wybuchem szczerości, tak obcej w świecie Bywalskiemu, aż go zastanowiła — pomagajże mi pan...
— W czem?
— W uzyskaniu ręki panny Leontyny. Stary bywalec uczuł się zdekoncerto-
wany. On właśnie pragnął do tego dojść, ale powoli, dyplomatycznie, z prologiem światowych banalności, z grą dyplomacyi i półsłówek. To gwałtowne przystąpienie do rzeczy obałamuciło go.
— Czyżbyś hrabia potrzebował pomocy — zapytał po chwili. — O ile zauważyłem podczas obiadu... byłeś mojem vis-a-vis.
— Zapewne... — podchwycił żywo — ale pani Irena jest bałwochwalczynia form i maniery. Nie chce słyszeć, aby małżeństwo jej córki mogło się odbyć w akompaniamencie jakichkolwiek zmian, odchodzących od zwyczajów...
— Nie.. rozu.. miem... — bąknął Bywalski, puszczając kłąb dymu i zdejmując monokl.
— Moja matka nie chce słyszeć o tem małżeństwie — szepnął mu cicho hrabia.
To wszystko działo się dla Bywalskiego za prędko. Zresztą nie sądził, by rzeczy tak daleko były posunięte.
— Przecież pan się jej nie dziwisz? Przypuszczam nawet, iż... i zaczął cedzić, ale połapać się nie mógł — i panu tak... w stanowczej chwili... byłoby... trudno iść wbrew jej woli...
Urwał zmęczony.
— Oh! — podchwycił hrabia — ja jestem człowiek nowy. Matka gniewałaby się, ale następnie pogodzićby się musiała. Trudność polega głównie w tem, że matka ma dożywocie na całym majątku, jaki mi po ojcu pozostał. Nie wiele to ale coś...
© 2010 www.skjkc.pl