hrabia Skrzycki, odwdzięczający się Appelsteinom za obiady ułatwieniem Irenie zdobycia w świecie lwowskim pozycyi. Słyszał o nim. Jakaś dama siwiejąca, jedna z tych pieczeniarek wielkoswiatowych, przerzucała album. A Bernard wodził po nich wszystkich oczami człowieka, który potrzebuje pokarmu i we wzroku czerpie go dla mózgu.
Wszystko to objął stary światowiec na jedną sekundę przystanąwszy i wszedł między rozmawiających.
Postanowił mówić, bawić, studyować. Może łatwiej rozpędzi straszne wrażenia i zapomni wiadomości nabytych dnia tego. Zresztą musiał się starać wymiarkować, wybadać Poryckiego. Musiał się dowiedzieć, o ile Irena przesadzała, czy się może myliła w zapatrywaniach na swoje stanowisko salonowe. Czuł tego potrzebę. Mając doświadczenie, mógł być pomocnym taktykiem, gdy pozna bliżej pole bitwy i obsadzenie stanowisk.
Zaledwie Irena zapoznała go ze swymi gośćmi, kamerdyner, przypominający słynnego Luccaniego, jak każdy jenerał przypomina np. Murata, oznajmił obiad.
Bywalskiemu wyznaczono miejsce przy siwiejącej damie, którą, pokazało się,
poznał temu lat dwadzieścia na wyścigach w Warszawie, gdy on dziś biały, był jeszcze szpakowatym, a ona dziś siwa, wówczas była szatynką.
Naprzeciw niego siedziała młoda para.
Stół zgromadził dwunastu biesiadników. Nakrycie nie pozostawiało nic do życzenia. Bywalskiemu by się zdało, że jest u bankiera w Warszawie, lat temu dwadzieścia, gdyby nie obce fizyognomie, gdyby nie ten papier zamiast gobelinów na ścianach, to srebro, miasto złota na stole. Irena ze swym wrodzonym smakiem, ze swem rozmiłowaniem w zbytku, umiała utrzymać dom na stopie światowej z reszty, która ongi niebyłaby starczyła na kwiaty do przybierania stołu.
Tym refleksyom oddawał się Bywalski, niemyśląc bawić sąsiadki, a postanawiając oddać się obserwacyi nad Poryckim.
Wszakże musiał się wtajemniczyć w życie przyjaciół, musiał wiedzieć co z powrotem do Warszawy powie Jakóbowi, który nie omieszka go zgrabnie, niedbale, a dokładnie, z jemu tylko właściwym talentem wybadać.
Zresztą nie był w stanie nawiązać banalnej rozmowy. Czuł ogólny rozstrój.
Od bankructwa Bernarda, to jest lat szesnaście, ani razu nie wlazł w żaden dramat życiowy.
A tu, przy tym stole odgadywał delikatnem poczuciem w najbanalniejszych a obytych salonowcach, dramatyczny żywioł, który wystarczyłby Daudetowi do sklecenia sensacyjnego, wzruszającego romansu. Ta panna, kochająca się w tym młodzieńcu, pracująca wyobraźnią całą, ta matka podniecona morfiną, pijana chwilowo od narkotyku mającego koić jej z macierzyństwa wypływające bole i z jednego fałszywego kroku wypływające, falami wzbierające cierpienia. Ten bezmyślny moloch, smakujący i trawiący, który te dwie istoty namiętnością swą wykoleił na zawsze, zaraził miazmami, mającymi, być zawsze ich organizmów trucizną.
Oh! tak! Lulu miała w wyrazie, jakim patrzy dusza, dużo podobieństwa do matki. Musiała być do niej i moralnie podobną. Wziąwszy po Appelsteinach te oczy, tę czerwonawą gorącą cerę, ten nosek dziś ślicznie zgarbiony, musiała po Starżach odziedziczyć tę szlachecką pychę, popychającą Edwarda Starżę do zbrodni, za jaką teraz uważał wydanie Ireny za Bernarda.
Miała więc po matce tę drażliwość nadmierną, tę próżność światową, to zamiłowanie zbytku i toalet, te wielkopańskie zapatrywania, te wady malutkie, drobne, niby czysto salonowe, a przecież wystarczające do unieszczęśliwiania ludzi.
Myślał z jakąś chmurą, ciążącą mu na mózgu, z jakąś mgłą otaczającą serce, i zaledwie końcem widelca drobił potrawy, a popijając łykami przednie wina, ten smakosz teraz nie rozpoznawał ich smaku.
A ci goście, obojętni, jak goście proszeni na obiady, jak ludzie wezwani do brania udziału w naszych "drugich życiach", nie zsolidaryzowani z nami ani jednym z tych kilku silnych węzłów, jakiemi są pokrewieństwa, interes, lub niezatarte wspomnienia świeżych uczuć młodości.
Jakże znał tych przyjaciół drugiej połowy ludzkich żywotów. Sam, przeżywszy w salonie lat czterdzieści, nie nabył w nim ani jednego. Jeśli miał Jakóba, i dwóch, trzech jeszcze, to ci mu pozostali z pierwszej młodości, jeden z ław szkolnych, jeden z jakiejś fali entuzyazmu lat dwudziestu. Czyż ich mogli innych, prawdziwych nabyć Appelsteiny, ze swą tragedya w przeszłości, z brakiem interesu na przyszłość,