stu laty, nieprzypuszczając, nierozumiejąc, by coś zmienić się mogło. Cały smutny przeciąg swego życia wymazał ze swej pamięci i pozostały mu tylko wesołe ze świetnych czasów wspomnienia.
Bywalskiego zawsze zasmucał widok Bernarda; był dlań strasznym żyjącym przykładem znikomości świata, marności ciała ludzkiego. Ten bankier poszukiwany, podziwiany, to słońce, bankierów i nababów Avarszawskich, dziś stanowi taką bezmyślną masę ciała, będącą ciężarem otoczenia.
Nie znał, nie spotykał nic w świecie, co by mu plastyczniej niźli Bernard, uzmysłowiało marności świata.
Tu, we Lwowie wegetował ten moloch, na którym stary Appelstein oparł swoją firmę, tam w Warszawie prosperował upośledzony, prawie wydziedziczony Jakób.
Spojrzał źle na Bernarda. Miał doń urazę, że go zmuszał do tak smutnych refleksyj i to teraz przed obiadem, który musiał być dobrym, bo Appelstein smaku nie stracił, a renta wystarczała na wytworną kuchnie.
— Ha! ha! ha! — zamruczał.
Drzwi się znów otworzyły i weszły Irena i Lulu. Wyglądały jakby siostry, wysmukłe, matka z całym zakonserwowanym
czarem rozlanym w jej osobie, córka brzydsza, ale ją przypominająca dystynkcyą.
Bywalski oczom nie wierzył. Ta kobieta prawie młoda, bardzo strojna, z blaskiem w oczach, niezrównanej giętkości w figurze, mogłaż być tą samą, co przed godziną, zesztywniała, unoszono z tego salonu.
Osłupiał ze zdziwienia, widząc ją ożywioną, naturalną przy świetle, o wiele młodszą, z wielkiemi resztami tego tryumfu, który ją robił w swoim czasie wyjątkowo indywidualną istotą.
W tem Bernard wydał głos. u niego rzadki i przeto nigdy nieprzechodzący niepostrzeżenie.
Bywalski nadstawił uszu.
Appelstein patrząc na żonę, ze swym głupim, ale wesołym uśmiechem, bełkotał:
— I-rene... po... mor.. finie? Kobieta się zmieszała, zbladła i poczerwieniała.
A on powtórzył, zmienionym, wysilonym paralityka huczącym, donośnym głosem :
— Po mor... mor... finie... finie?
— Finie! finie! — powtórzyła, odpowiadając zirytowana kobieta, zagadując czemprędzej.
Szczęście, że do Bywalskiego się nie zwróciła z rozmową, bo byłby nie znalazł na żadne pytanie odpowiedzi. Równocześnie lokaj wprowadził pierwszego gościa. Bywalski się wysunął do przyległego saloniku.
— Co to było?...
Zrozumiał i pobladł. Zrzucił monokl. Rysy mu się skurczyły bolem.
— Irena więc morfinistką ?... Irena.. do tego doszła...
Mimo całego swego egoizmu, czuł się wzburzonym, nieszczęśliwym, przejętym. Miał wszystko wytłómaczone, wszystko i te oczy zachodzące różowymi tony i te blaski w nich i ten atak konwulsyjny, i ten spokój Lulu... wszystko!
Stanowczo nie potrafi jeść obiadu. Miły mąż, który takie zdradzał tajemnice i to przed obiadem.
Doznawał wrażenia, jakby mu ktoś w teatrze podczas przejmującej, genialnie granej sceny, odsłaniał kulisy.
— Irena morfinistką!—szepnął w rozpaczy.
Chciał ochłonąć. Cóż to obchodziło jego? Lubiał Irenę, ale przecież nie była
jego córką, ani... Cóż to jego tak dalece obchodziło?
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Darmo sobie to tłómaczył. Ból jakiś wielką falą szedł mu z serca do góry, do głowy, jakby wyrzuty za jakąś odległą zapomnianą zbrodnię, opanowywały jego spokój lubiące sumienie. Jakby słyszał jakiś głos, wołający doń głuchym szeptem, ze wszystkich kątów miękkiego saloniku: "To twoje dzieło, ty stary wygo! wyjadaczu finansów, pieczeniarzu salonów".
Nie mógł ścierpieć tych głosów. Uciekając przed nimi przyspieszonym krokiem na trzęsących się nogach, powrócił do salonu.
Tu już biesiadnicy byli w komplecie. Objął ich wzrokiem mistrza w sztuce obserwacyi salonowej, nie ustępującej może niczem obserwacyi "Bourgefa" tylko niezadającej sobie pracy dobrania jej słów i zdań.
Czekano na damę sygnału, że obiad podany.
Porycki stojąc szeptał coś z Lulu. Tu Irena rozmawiała z szpakowatym lowelasem, którym nie mógł być kto inny, tylko